Audytor to nie „policjant” w urzędzie, tylko partner, który pomaga uniknąć problemów. Wiele samorządów obawia się kontroli zewnętrznych – RIO, NIK czy ministerstw – bo to one wyciągają konsekwencje i nagłaśniają błędy. Tymczasem audytor wewnętrzny ma tę przewagę, że potrafi wychwycić słabe punkty dużo wcześniej.
Najczęściej są to rzeczy proste, codzienne, które umykają w natłoku pracy – ale dla kontrolerów są to poważne uchybienia. Warto wiedzieć, na co zwraca uwagę audytor i dlaczego to właśnie te drobiazgi decydują o ocenie całego urzędu.
Audyt wewnętrzny nie jest po to, żeby karać. Jest po to, żeby złapać błędy, zanim zrobi to ktoś inny – np. Regionalna Izba Obrachunkowa albo Najwyższa Izba Kontroli. Pełni funkcje zapobiegawcza i doradczą.
Co najczęściej wychodzi w trakcie audytu?
Nieaktualne procedury – regulaminy, które mają po 10 lat i nie pasują do obecnych przepisów.
Rejestry w szufladzie – np. wykazy umów, które istnieją, ale nie są uzupełniane od miesięcy.
Majątek „widmo” – sprzęt dawno zezłomowany, który nadal widnieje w ewidencji.
Faktury bez podpisów – drobiazg, ale dla kontroli poważny zarzut.
Brak dowodów z kontroli zarządczej – procedura jest, ale nikt nie dokumentuje, że faktycznie ją stosuje.
Tip: Audytor nie robi tego, żeby się czepiać. Robi to po to, żeby urząd mógł sam naprawić błędy, zanim stanie się to problemem zewnętrznym.